jacek_06.jpg
Menu główne
Strona główna
O autorze
Poezja
Proza
Esej
Napisz
Szukaj
Gościmy
Aktualnie jest 16 gości online

Ostatnio odwiedzane
 
Strona główna arrow Esej arrow Polski Hamlet arrow Kordian i Horsztyński. Porządek historii literatury.
 
Szukaj w serwisie
Kordian i Horsztyński. Porządek historii literatury. Drukuj E-mail
Spis stron
Kordian i Horsztyński. Porządek historii literatury.
Strona 2
Strona 3
Strona 4

1.

     Wystarczą te słowa: „Dania jest więzieniem”, aby zrozumieć przystawalność mitu Hamleta do rzeczywistości polskiej przed powstaniem i po powstaniu listopadowym. Nie dziwimy się więc, że do roku 1830 było w Warszawie dużo polemik w sprawie szekspirowskiego Hamleta. W świadomości krytyków jawił się już Hamlet romantyczny, a więc i bardziej szekspirowski, bardziej prawdziwy, gdyż owoczesny warszawski Hamlet sceniczny przypominał wciąż sztukę, która odnosiła sukcesy we Lwowie w roku 1797 w inscenizacji i w tłumaczeniu Wojciecha Bogusławskiego (który posłużył się przeróbką Schroedera i tłumaczeniem Schlegla). Hamletnie ginął tam, choć dopełniał swego czynu:

     Sama tylko zbrodnia odnosi karę, królewic i Laertes jako niewinne osoby nie giną: a tak cel moralny dopełnionym i trwoga słuchaczów o los Hamleta zaspokojoną zostaje.1

     Jednak już w roku 1827 Maurycy Mochnacki w recenzji ze sztuki Maksymiliana Fredry Harold – zamieszczonej w „Gazecie Polskiej” – upomina się o Hamleta innego, w duchu romantycznym i na miarę Szekspira: Hamleta tragicznego, bo wolnego:

     Utrzymuje, że z chwilą, gdy chrześcijaństwo przekreśliło pojęcie starożytnego fatum – zmienił się cel trajedii. 2


1 W. Szekspir: Hamlet. Królewic duński. Wydał, przełożył, wstępem i przypisami opatrzył W. Matlakowski. Kraków 1894.
O Hamlecie „dopowstaniowym” pisze Stanisław Helsztyński: „Hamlet, którego pseudoklasycy, Bogusławski i Osiński, prezentowali publiczności warszawskiej, odbiegał daleko od oryginału szekspirowskiego. Jako nieodrodny syn swojej epoki, szedł Bogusławski w przerabianiu Szekspira za Garrickiem, Ducisem i Schroederem, którzy dostosowywali Szekspira do gustów swojej epoki. [...] Toteż widząc na scenie i czytając przekład Hamleta w ujęciu Bogusławskiego, niektórzy z współczesnych, jak Maurycy Mochnacki, Franciszek Wężyk i Franciszek Morawski protestowali przeciwko temu okaleczeniu arcydzieła dramaturga angielskiego”. Cyt za: W. Szekspir: Hamlet. Przeł. W. Tarnawski. Opr. S. Helsztyński. Wrocław 1966, s. LXXI, LXXII.
2 Cyt. za: M. Szyjkowski: Dzieje nowożytnej tragedii polskiej. Typ szekspirowski. Kraków 1923, s. 130.


     Romantycy dużo myśleli o wolności. Pojęcie wolności dopuszcza błąd lub winę zależną od podmiotu. Tragedia świadomości i działania splatają się nierozłącznie. Tragedia może wkroczyć w czas historyczny. Oczywiście, to był tylko zbieg okoliczności, gdyż historia nie jest atrakcyjnym scenariuszem, że w prasie warszawskiej ukazuje się recenzja z przedstawienia Hamleta dokładnie 29 listopada 1830 roku. Można by zapytać: czy czytał ją także Piotr Wysocki, Ludwik Nabielak, Seweryn Goszczyński i inni Belwederczycy „Cudowne dzieło zadziwiającego geniuszu” – pisze recenzent.3 Czy wszyscy byli na tym przedstawieniu w teatrze: Belwederczycy, Maurycy Mochnacki, a także młody, nikomu nie znany właściwie poeta, Juliusz Słowacki?4 Co myśleli i czuli ci, co byli w spisku i o bliskim już zamachu wiedzieli?

     Myślę, że Hamlet odpowiadał swą akcją i osobowością bohatera komplikacjom moralnym, emocjom i zwątpieniom tych młodych spiskowców, którzy nie tylko mieli krańcowe plany, ale mieli też przeżyć krańcowe sytuacje. Od postanowienia zamachu na cara w momencie jego koronacji w Warszawie, przez dni pełne zwątpień, determinacji i przerażenia zarazem – czasu tu było dość na tragiczne monologi, igranie pozorami wobec osób postronnych, aż po niewiadomy sens tego pokazu, jakim miała być rewia na Placu Saskim (była groźną grą z powodu już rozdanych ostrych ładunków, a następnie wstrzymanego zamachu i lęku przed ujawnieniem spisku, ze względu na szeroki krąg wtajemniczonych). A potem znów narastanie determinacji prowadzącej jednak do Nocy Listopadowej i zamachu (nieudanego!) na Wielkiego Księcia Konstantego. Ale i samo powstanie, jeśli rozumieć je szerzej niż historię militarną, dość miało w sobie konfliktu tragicznego.

     Trzy są chyba podstawowe sądy o powodach klęski powstania listopadowego. Pierwszy obarcza winą wszystkich i wszystko: sytuację historyczną, zbiegi okoliczności, społeczeństwo, dowódców. Jeśli ten sąd, przeważający zresztą – jak mi się wydaje – w historiografii, odłożyć na bok, pozostają już tylko dwa. A więc sąd Maurycego Mochnackiego, świadka i aktora historycznego tamtych wydarzeń i ich pierwszego dziejopisa. Sąd ostatni, będący wariantem myśli Mochnackiego, to sąd historyka Jerzego Łojka. Obaj nie różnią się w jednym zasadniczym stwierdzeniu: powstanie i odzyskanie niepodległości narodowej nie tylko mogło się udać, ale miało wszelkie ku temu szanse.


3 Tamże, s. 52.
4 „W czasie pobytu Słowackiego w Warszawie Hamleta grano tam pięć razy”. „Wiemy, że [Słowacki] czytał go w oryginale i z angielskim tekstem zżył się bardzo silnie...” J. Maciejewski: Funkcja hamletyzmu w „Horsztyńskim” Juliusza Słowackiego. Nadb. z księgi poświęconej J. Krzyżanowskiemu: Literatura. Komparatystyka. Folklor. Warszawa 1968, s 347. W tej samej pracy Maciejewski podaje informację, że od 1815 do 1831 roku w Warszawie (a więc od Kongresu Wiedeńskiego do powstania listopadowego) Hamlet grany był 26 razy (s. 345). Warto wiedzieć, co było dalej: „Ale klęska powstania listopadowego przyniosła jeszcze bardziej opłakane następstwa dla dzieł Szekspira: od roku 1830 do 1871 nie pojawił się Hamlet ani żaden z utworów Szekspira na scenie warszawskiej”. S. Helsztyński, tamże, s. LXXII.


     Takie pogląd jest oczywiście w opozycji do całego nurtu w polskiej publicystyce historycznej i społecznej, i jego odbiciu w wielu sądach o literaturze romantycznej. Jednak ten pogląd – i dziś obecny – oceny powstania jako możliwego do podjęcia ryzyka, istniał przecież, można powiedzieć, od dnia klęski powstania. Nie będziemy śledzić etapów tej myśli. Taka ocena wysiłku niepodległościowego powstania listopadowego – oddala od powstania zarzut „romantycznego gestu samobójczego”, gdyż nie jest nim walka w granicach zawsze istniejącego ryzyka. Późniejsze żale nad losem niepotrzebnych ofiar całopaleniowych stosu powstańczego są tu może takąż kliszą historyczną, jak i nadbudowywane z drugiej strony hasła i poglądy o konieczności ofiary z życia dla honoru i ojczyzny.

     Dla mnie szczególnością sądu Mochnackiego jest przypisanie winy za nieudanie się spisku koronacyjnego i późniejszą nieskuteczność powstania – przede wszystkim samemu młodemu pokoleniu spiskowców, do którego i on należał. Należał – pokoleniowo, nie myślowo, strategia spiskowa Mochnackiego była bowiem inna niż całej grupy spiskowców w krytycznym okresie. Co więcej, można sądzić, że właśnie jego postawa, odosobniona – była postawą słuszną. Przypomnijmy raz jeszcze niektóre myśli z Powstania narodu polskiego. Więc Mochnacki o spisku koronacyjnym:

     W istocie przedsięwzięcie nadzwyczajne! Główne siły moskiewskie były wtenczas na wschodzie. Polska w Królestwie Kongresowym i za Bugiem miała wszystko, czego było potrzeba do rozwinienia ogromnego powstania. Podobny postępek z dynastią carską, jako odwet zemsty narodowej, miał w sobie dużo sensu: za sto lat zbrodni jedna chwila kary; jedna chwila, ale straszna! Mogło to przeciąć w samym początku działań drogę do wszelkiego układu [...] Podchorążowie nie wahali się ani chwili. Los Polski, północy, może całej Europy jednym cięciem rozstrzygnąć – coż mogło więcej zgadzać się z ich temperamentem, z ich głowami?5

     Dalej opisuje Mochnacki to, co można określić jako chybioną chęć spiskowców utwierdzenia się w zamiarze. Zamiast działać w wąskim kręgu i spisek doprowadzić do końca, spiskowcy – w takiej sprawie! – rozpoczynają to, co można by w dzisiejszym języku nazwać konsultacjami... Więcej niż wątpliwy projekt, by rozmawiać z księciem Adamem Czartoryskim – kimś tak w końcu związanym z orientacją wschodnią i carską rodziną! Nie chodzi nawet o to, że rozmawiano z posłami do Sejmu Królestwa Polskiego, to jest – znów w dzisiejszej terminologii – członkami tego ciała, które z zaborcą kolaborowało, podług tej konstytucji Królestwa właśnie, która obaloną być miała wraz ze śmiercią gwałtowną panującego! Chodzi o to, że uzależniano od nich decyzje. Oczywiście, same "konsultacje" musiały już być jakimś uzależnieniem. Spiskowcy szukali autorytetu, więc musieli mieć w sobie jakąś niepewność, podczas gdy Mochnacki chciał, by sami sobie stali się autorytetem:

     pospieszył Gurowski do stolicy na trzy lub cztery dni przed koronacją i znalazł związek w najsmutniejszym, najkrytyczniejszym położeniu: ci bowiem posłowie, których Zwierkowski o spisku uwiadomił, jednomyślnie protestowali się przeciwko gwałtownemu krokowi. Co większa, sam nawet Małachowski nie radził tego przywodzić do skutku, w co pierwej tak mocno wierzył. Podchorążowie, którym już ostre ładunki porozdawano w wigilią dnia mającego być dniem ostatnim dla dynastii carów, przepędzili noc przed koronacją w największej niespokojności. Rzecz za daleko zaszła, ażeby ją bez niebezpieczeństwa powściągnąć było można [...] Lecz z drugiej strony: jakże się odważyć na rzecz bez wspólnictwa narodu, owszem wbrew woli jego reprezentantów, którzy swej sankcji odmówili! [...] Wysocki siebie i podchorążych, i Małachowskiego, i innych związkowych poczytywał za zgubionych.6


5 M. Mochnacki: Powstanie narodu polskiego w roku 1830 i 1831. Opracował i przedmową poprzedził S. Kieniewicz. Warszawa 1984, t. I, s.308.
6 Tamże, s. 3ll-312.


     Rozwijając jednak swój opis, Mochnacki odrzuca zasadność przedstawionej właśnie potrzeby spiskowców, aby odczuwać consensus omnium. Nie można inaczej zrozumieć wytkniętych spiskowcom: „braku determinacji” i „force d’inerti” w chwilach stanowczych – które jakby przeszczepione zostały do nowego związku z byłego Towarzystwa Patriotycznego. Jest więc Mochnacki już i w tamtej chwili zwolennikiem poglądu, który potem z chwilą wybuchu powstania także będzie reprezentował, że ci którzy się na działalność insurekcyjną decydują – na siebie samych ciężar decyzji i przywodzenia złożyć powinni. I bez cienia wahania, głosem Aleksandra Łaskiego, dowódcy Szkoły Podchorążych na Placu Saskim w dniu koronacji, ocenia niepowodzenie spisku koronacyjnego:

     Szła gra o całą Sławiańszczyznę; od Newy po Odrę byłaby się rozwikłała walka krwawa, rozpoczęta na Saskim placu ofiarą pomazańca i całej jego rodziny [...] Że car nie odpokutował wówczas za rozbiór Polski, że nie daliśmy wtenczas przykładu, jak okropnie mści się lud za całowieczne krzywdy swoje, za zbrodnię popełnioną przez koronowanych rozbójników, komuż to przypisać? Oto dyplomatyce! Oto właśnie takim ludziom, których zdaje się los nieżyczliwy Polszcze tak usposobił, żeby każdej wielkiej rzeczy obawiali się przed skutkiem, żeby każdą wielką rzecz już wykonaną zmniejszali.7

     Ostatnia uwaga Mochnackiego odnosi się już niewątpliwie do samego powstania. W innym miejscu swojej książki, Mochnacki wykłada nam już od stu kilkudziesięciu lat, iż słabość powstania była w tym, że zdeterminowani do wywołania powstania spiskowcy chcieli – raz powstanie wywoławszy – oddać władzę. Dziś wiemy, w czyje ręce – ludzi chwiejnych, jeśli wręcz nie lojalistów Królestwa Kongresowego. Więc Mochnacki:

     Od chwili wejścia do spisku jedna mnie tylko rzecz zajmowała: kto będzie kierował powstaniem? [...] Wysocki był ciągle tej opinii, że tylko o zaczęciu myśleć należało, a resztę zdać na naród i opatrzność; ja przeciwnie starałem się przekonać Wysockiego, że w naszym położeniu zaczęcie było rzeczą mniejszej wagi, że lepiej nie zaczynać, jak nie móc albo nie umieć potem temu, co się zaczęło, nadać kierunku zamierzonego. [...] W odnoszeniu się Wysockiego i podchorążych do sejmu pod względem władzy kierować mającej powstaniem widziałem s ł a b o ś ć , nie bezinteresowność; w abnegacji podchorążych, którzy zawsze mówili: «chcemy zacząć, a potem zniknąć ze sceny, aby nie powiedziano, żeśmy zaczęli dla własnego wyniesienia się» – widziałem zgubę sprawy, bo któż mógł ją lepiej bronić, jeżeli nie ci sami, co dla niej życie poświęcili? Nie mogąc przewieść mego zdania, iż koniecznie należało wystąpić na scenę z rządem dla wyrażenia myśli rewolucji, dla oddalenia w pierwszej zaraz chwili osób, które dla jej położenia i interesu swego sprzyjać nie mogły, zacząłem powątpiewać o wszystkim.8


7 Tamże, s. 313-314.
8 Tamże, s. 346-347.


     I dalej analizuje Mochnacki swoje stanowisko w tym właśnie duchu głównego zarzutu: „rewolucji zaczętej bez rządu”. Oddala jednak od siebie inny zarzut, umycia rąk, bo przecież skoro doszło do powstania, nie uchylił się od udziału w nim:

     jakkolwiek wszystko działo się Bóg wie po jakiemu, a nic tak, jak ja bym sobie życzył, dzieliłem jednak prace związkowych; nareszcie z bronią w ręku wyszedłem na ulicę.9

     (Pominę tutaj znaną działalność Mochnackiego przeciw Dyktatorowi powstania w roku 1831, której o mało głową nie przypłacił, oskarżony o zdradę.) A teraz sąd historyka, Jerzego Łojka, nie idący przeciw sądowi Mochnackiego, kładący jednak nacisk na sytuację ogólną społeczeństwa i jego elit:

     U podłoża tego wszystkiego leżało zaś fatalne obłąkanie opinii publicznej, naiwna wiara społeczeństwa w patriotyzm naczelnego dowództwa i bezkrytyczna ufność dla Rządu Narodowego. Społeczeństwo polskie dało w roku 1831 smutny przykład braku czujności politycznej, posłuszeństwa i bezmyślnego podporządkowania się „swojej”, rzekomo „narodowej”, a w rzeczywistości antynarodowej władzy... Z ufnością dla wodza i rządu pozwoliło się społeczeństwo Królestwa zaprowadzić na sam skraj przepaści i w końcu dało się w tę przepaść zepchnąć...10

     Problem polskiej niewydolności niepodległościowej w XIX wieku nie leży bynajmniej w dziedzinie dysproporcji materialnych naszych i mocarstw rozbiorowych, w położeniu geopolitycznym kraju (choć nie są to sprawy bez znaczenia), ale przede wszystkim w dziedzinie poglądów, emocji, nastrojów i wiedzy społeczeństwa, w sferze opinii publicznej i świadomości politycznej.11

     Klęska polskich ruchów niepodległościowych w XIX wieku wynikła nie z tzw. obiektywnej konieczności, lecz ze zdominowania polskich programów narodowych przez siły, w których interesie leżało utrzymanie zależności kraju od mocarstw rozbiorowych, Rosji carskiej w pierwszym rzędzie.12


9 Tamże, s. 350.
10 J. Łojek: Szanse powstania listopadowego. Rozważania historyczne. Warszawa 1986, s. 113.
11 Tamże, s. 138.
12 Tamże, s. 137.


2.

     Pora już teraz przejść do dzieł dramatycznych autora, który opuściwszy Warszawę w ogniu powstania z misją dyplomatyczną, przez Wrocław i Paryż zdążał do Londynu, a do stolicy nie miał już nigdy powrócić. Z dwu dramatów Słowackiego, poświęconych po powstaniu problematyce insurekcyjnej, tej świeżej w Kordianie, i tej dawniejszej, roku 1794 w Horsztyńskim, tylko z tym drugim tekstem łączy polska nauka o literaturze problem hamletyzmu, mówiąc o bohaterze, Szczęsnym, jako o polskim Hamlecie.13 Ale mnie Kordian wydaje się o wiele bardziej hamletyczny. Także dlatego, że problem hamletyzmu po raz pierwszy stawia (gdy Horsztyński go tylko kontynuuje), i przez wtopienie problemu o wiele głębiej w akcję i konflikt dramatyczny utworu, choć w Horsztyńskim więcej jest może aluzji stylistycznych.

     Kordian – Hamlet: postawiony wobec zła świata, które jest lub wydaje się całkowite. Które jest także złem historycznym, złem władcy-uzurpatora. I tu, i tam władza ma pozory legalności. A bohater wobec zła jest osamotniony, on jeden tylko uważa, że powinien wystąpić przeciw złu. W obu też wypadkach, Kordiana i Hamleta, zło będąc oczywistym, jakby oczywistym nie jest, a zwłaszcza nieoczywiste są środki działania przeciw złu. Taka wydawała się Słowackiemu ówczesna sytuacja historyczna. Wprowadzając ją w obręb znaków szekspiryzmu Słowacki prowadzi jakąś taktykę: i literacką, i ideową. Jest ona związana z typem jego talentu, upodobań twórczych, wyboru wzorów. Jest to rozległe zagadnienie i długo jeszcze ważne dla Słowackiego. Tutaj interesuje mnie tylko jego fragment. Szekspiryzujące, hamletyczne odwołania Słowackiego łączyły się tu z próbą ukazania takiej prawdy literackiej, narodowej i historycznej, która byłaby inną od tej ukazywanej przez Mickiewicza. Gdyż częściowo przynajmniej tę Mickiewiczowską musiał uważać Słowacki za błędną. Czy w ukazaniu tego błędu mógł pomóc Szekspir i jego Hamlet? Myślę, że pomagał.

     Nasycenie literatury polskiej po powstaniu listopadowym materią historyczną i narodową jest dość zdumiewającym zjawiskiem. Dość powiedzieć, że utrata niepodległości w wieku XX wraz z zatwierdzającą ją niejako klęską powstania warszawskiego nie zaowocowała porównywalnym plonem tematyki narodowo-historycznej w literaturze. Ciężar ludzkiej tragedii i tragedii narodowej przesunął się prawdopodobnie w inną sferę: dokumentu. Trzeba jednak także pamiętać, że symboliczne przeżywanie wydarzeń najnowszej historii miało się już o co oprzeć. Odwoływało się do mitów uczuciowych i intelektualnych już gotowych, uformowanych właśnie w wieku XIX. Podwaliny tych uczuć i mitów świadomości narodowej zostały wtedy założone.

     Natomiast start pisarzy romantycznych odbywał się, jeśli o te sprawy chodzi, prawie w próżni: owe około trzydzieści lat po utracie niepodległości (tak, dopiero trzydzieści, czterdzieści lat!) tysiącletniego narodu postawiło ten naród (naród szlachecki i formujące się wciąż w naród inne jego warstwy) wobec konieczności samookreślenia się narodowego i stwierdzenia utraty niepodległego bytu narodu, równoważnej jakby z traceniem własnego „jestestwa” – i jednoczesnego określenia swego moralnego i narodowego, historycznego do tej utraty stosunku. Zadanie to podjęli między innymi polscy pisarze romantyczni. Cóż, byli na to wszystko w jakimś sensie skazani. Powiem więcej: dopokąd trwa zasadnicza sytuacja zniewolenia narodu polskiego, posiadającego tylko bardzo względną autonomię kulturową, my także na podobne zainteresowanie naszą literaturą romantyczną jesteśmy skazani. Jest to bowiem zainteresowanie kolebką żywych mitów duszy polskiej. Myślę, że Francuz czy Włoch posiada o wiele większą swobodę w stosunku do swojej przeszłości kulturowej, jest to jakby sytuacja uniwersalna. Wybiera dla siebie ze swej przeszłości różne fragmenty, będące świadectwem różnej kondycji człowieka, ale nie musi być przez żaden z tych fragmentów wyłącznie określony.


13 Jako pierwszy użył tego określenia chyba Józef Tretiak w szkicu Hamlet polski, w: Szkice literackie, Seria I, Kraków 1896. Określenie przyjęło się w powtórzeniach. Np. za określeniem Henryka Boukołowskiego reżysera spektaklu Kordiana z r. 1994, tytuł dziennikarskiej wzmianki brzmi: Polski Hamlet. „Gazeta Wyborcza” 1994, 19 grudnia, „Gazeta Stołeczna”.


     W sytuacji niewoli natomiast bywaliśmy określani kulturą, literaturą, która odnosiła się do niewoli, i mogliśmy być jakby dodatkowo zniewalani przez jej mity. Duża część naszej literatury, obarczona świadomością takiego stanu rzeczy, poświęcona była rozbijaniu mitów uznawanych przez siebie za fałszywe. Wyzwolić się ze zniewolenia mitami niewoli możemy tylko kontrolując je i poddając weryfikacji rzeczywistości. Natomiast wyzwolenia od samej niewoli nie ma, póki ona trwa, chyba że przestałoby się emocjonalnie i intelektualnie angażować w sprawę polską. Problem jest dlatego ważny, że oczywiście od zarania niemal polskiej niewoli podnosiły się głosy domagające się od Polaka, aby poczuł się uniwersalnie, aby – mówiąc innymi słowami, słowami Norwida – Człowiek w Polaku był olbrzymem. Otóż stanowisko takie – oddzielające w niewoli olbrzyma-Polaka od olbrzyma-Człowieka – uważam za fałszywą świadomość mityczną. Jest bowiem tak, że w sytuacji niewoli olbrzym-Człowiek w Polaku deleguje tego właśnie Polaka, aby go jako Olbrzym-Polak reprezentował. Być Polakowi tylko olbrzymem-człowiekiem w niewoli wydaje się fałszem. Człowieczeństwo bowiem pragnąc zatriumfować musi zacząć od sytuacji zniewolenia Polaka, od zniesienia jej, aby do tego triumfu człowieczeństwa móc doprowadzić. Nie ma oddzielenia obu tych spraw.

     Dlatego też już od romantyzmu począwszy wielcy nasi pisarze świadomie lub intuicyjnie, aby ujść od sytuacji zniewolenia w ciasnych narodowych mitach (i to mitach związanych z niewolą) – odczuwali konieczność przymierzania polskiej sytuacji, czy kto woli – Polaka, do sytuacji uniwersalnej, czy jak kto woli – do Człowieka. Czasem się to udawało, czasem nie. Czasem wybór owego universum ludzkiego jeszcze bardziej zamykał pisarza w mitach niewoli na paradoksalnej zasadzie. Przykładem Norwid, którego zasługą pozostanie konieczność przypominania o wzorcu uniwersalnym czy o Człowieku, ale który jednocześnie część wartości przecież uniwersalnych miał za czysto polskie i skrycie je potępiał (np. walkę zbrojną o wyzwolenie narodowe). Sprzeczności karykaturalne postaw, brak mediacji pomiędzy nimi, pokazuje współcześnie ten ironiczny, „antyfrenetyczny”, czy „antyromantyczny”, ale za to może „parnasistowski” poemacik prozą Adama Zagajewskiego:

     JAK WYJŚĆ Z DOMU NIEWOLI
     W pochodzie, z chorągwiami, śpiewając pieśni pełne gniewu, hymny zemsty, wygrażając pięściami prześladowcom.
     Z domu niewoli można też wyjść po angielsku, nie żegnając się z nikim, ubranym jak na niedaleką wycieczkę, z tomikiem wierszy w kieszeni wiatrówki. Ranek jest pogodny i zapowiada piękny, długi dzień.

(Mały Larousse, w zbiorze Solidarność i samotność)14

     Bardzo istotnym przykładem szamotania się i wręcz wyklinania polskości są poglądy intelektualne Czesława Miłosza, będzie o nich mowa w innym miejscu książki.


14 A. Zagajewski: Solidarność i samotność. Paryż 1986. Przedr. Oficyna Literacka „Margines” 1986, bmw, s. 63.


3.

     Uderza w literaturze polskiej po epoce rozbiorów swoisty jeśli nie monotematyzm, to związany z historyczną sytuacją Polaków zaklęty krąg problemów, nawiązań, porównań i polemik. Naturalna – zdawałoby się – samotność pisarza może tu mieć tylko charakter osobisty, nie tematyczny. Po upływie wieku, już na progu drugiej niepodległości, młodzi pisarze, będą się odżegnywać od Polski jak od kamienia młyńskiego u szyi. Na krótko – szczęśliwi.

     Ale to, co młodzi Skamandryci uznawali za kamień u szyi, młodzi romantycy mieli za pierwsze zadanie. Jeżeli więc w rok po napisaniu i wydaniu przez Mickiewicza Dziadów trzecich, drezdeńskich, Słowacki zaczyna w roku 1833 pisać Kordiana, wydanego w roku następnym, to chyba musiał uznać za niewystarczające to, co było zawarte w Dziadach drezdeńskich. Powiem więcej: Słowacki wszystko widział inaczej. Jednak wymagania polemiki wiązały go przez ukazywanie różnic na tle analogii i podobieństw. Inność Słowackiego odnosiła się także do „zainstalowanych” w tych dziełach uniwersalnych wzorców literackich. W Dziadach trzecich takim uniwersalnym wzorcem literackim, wyprowadzającym sprawę polską poza własne tylko opłotki stanie się Biblia, a zwłaszcza Nowy Testament i związana z tymi dziełami – religijna mityzacja położenia Polski. Natomiast spojrzenie Słowackiego nie będzie oparte o mit religijny. Kordian odwoła się częściowo chociażby, poprzez aluzje, do dramatów Szekspira, zaliczanych przecież w XIX wieku do uniwersalnych wzorców ducha ludzkiego. Dziełem zaś, które przyciągnie tu uwagę twórcy Kordiana i nieco później Horsztyńskiego – był Hamlet. Dramat ten, jak to powiedziałem na wstępie, miał już pewną tradycję i pewną duchową atrakcyjność w tuż przedpowstaniowej Warszawie.

     Przeciwieństwo postaw dwu poetów, trwać będzie i próżno go załatwiać później wspólnym obiadem i pojednawczymi improwizacjami. Ujmując najogólniej: Szekspir Słowackiego – to wzór świecki, historia rozumiana jako universum metafizyczne i realistyczne, tworzone z impulsów duszy ludzkiej i ją na powrót kształtujące. Biblia Mickiewicza – to wzór wykorzystany w znaczeniu bardziej religijnym niż kulturowym, z wyraźnym odcieniem interpretacji mistycznej. Taki jest początek sporu tych dwu wielkich pisarzy. Koniec będzie inny (oczywiście bardzo upraszczając): umierający Słowacki będzie budował historiozoficzno-mistyczną koncepcję wiecznej Polski, Mickiewicz będzie śledził byle wydarzenie polityczne na europejskim polu w kolejnych artykułach „Trybuny Ludów” (choć zresztą nie bez mistycznej jakby wiary, że historia wyciągnie z rękawa dżokera Napoleonidów).

     Rozumiem Kordiana nie tylko jako polemikę z Dziadami III, ale jako próbę wprowadzenia innej typologii polskiego bohaterstwa i polskiej historii. Bo jest chyba i tak, że Kordian odnosi się nie tylko do Dziadów III, ale i do tego dramatu części poprzednich, przede wszystkim do werterycznej Dziadów części czwartej. Jeśli drugą i czwartą, a później trzecią część Dziadów rozumieć jako historię kształtowania się bohatera od Gustawa do Konrada, to podobnie postępuje sobie i utwór o Kordianie, tyle że w ramach kolejnych aktów tego samego dramatu. Do ukształtowania Kordiana jako utworu polemicznego przyczyniła się pewna cecha pisarstwa Słowackiego, a mianowicie i r o n i a , uruchamiana przez poetę tak w ogólnych paralelach, jak i drobiazgowych sytuacjach, by odróżnić się od Mickiewiczowskiego s e r i o , pozwalającego sobie co najwyżej na groteskową drwinę (np. w opisach ciemiężców).

     Początek pomysłu był może taki: «ty zaczynasz od diabelskich historii cuchnących siarką i misteriów śmierci w Dziadach II, to ja zacznę od historii z Czarownicami i misterium narodzin. Twoje ludowe fantastyczne-serio zastąpię ironicznym, alegorycznym Przygotowaniem, stworzę alchemiczno-historyczny sabat czarownic i diabłów przygotowujących elity polskie wieku XIX (razem z Tobą!). Porównamy ludowe z tym, co nad-ludowe».

     I tak właśnie Słowacki zrobił, nie oszczędził nikogo z politycznych elit, z wodzów powstania: ukazują się dowódcy nie nadający się do dowodzenia lub wręcz zdrajcy, zdziecinniali uczeni, ludzie pozornego prestiżu. Nie oszczędził, mimo pozorów, samego Adama Czartoryskiego, którego określił jako wytartą już monetę, chociaż rzymską:

Jest to stara twarz Rzymiana,
Na pieniądzu wpół zatarta.
     (Przygotowanie) 15

     Wciąż spotykamy alegoryczne aluzje do rzeczywistych nazwisk, adresy do konkretnych osób, a dzieje się tak przecież nie tylko w Przygotowaniu, ale we wszystkich aktach Kordiana. Czyżby więc była to sztuka o bezpośrednich postawach politycznych, coś w rodzaju politycznego pamfletu, tragedii z kluczem? Takiej sztuki jednak Słowacki nie napisał. Psychologiczne pogłębienie postaci bohatera, który staje się typem epoki, bogactwo rozważań historiozoficznych i filozoficznych, waga modelowych problemów moralnych – nie pozwalają rozpatrywać Kordiana jako rozpisanego na scenę artykułu polityczno-społecznego. Jeśli jednak dobrze pamiętam swoje lata szkolne, także uniwersyteckie i większość opracowań tego dramatu – tak właśnie, lub prawie tak, funkcjonuje on w świadomości czytelników. Pamiętam, że kiedy sam zacząłem przygotowywać się do uniwersyteckiej lektury Kordiana z moimi francuskimi studentami, uderzyło mnie bogactwo i nasycenie uniwersalne tego tekstu, uderzyło, ale i jakoś zaskoczyło.

     Mickiewicz też wprowadził do Dziadów III konkretne, historycznie istniejące postacie i zostawił im na ogół ich własne nazwiska. Pisał we wstępnym objaśnieniu, że:

sceny historyczne i charaktery osób działających skryślił sumiennie, nic nie dodając i nigdzie nie przesadzając.16

     Charakterystyki postaci w Dziadach III są żywe, ale też nie mają nic wspólnego, jak zresztą całe „poema”, a słuszniej byłoby powiedzieć „widowisko” – z rodzajem dramatycznym, przedstawiającym nam ścieranie się bohaterów z losem czy fatum, jak w tragedii greckiej, gdzie od wprowadzenia, poprzez zawiązanie akcji, jej perypetie, kulminację, zmierzamy do tragicznego lub innego rozwiązania. Taka była tragedia antyczna, taki mniej więcej był dramat elżbietański i Szekspirowski. Przy czym perypetie dramatu antycznego ukazują perypetie wolności pozornej, gdyż bohaterowie nie mogą uciec od fatum. U Szekspira natomiast wolność istnieje, ogranicza ją tylko fatalna predyspozycja cech psychicznych jednostek, z grubsza biorąc jest to charakterystyka wolności, która nie uległa przedawnieniu.


15 Wszystkie cytaty ze Słowackiego według wydania: J. Słowacki: Dzieła. Pod redakcją J. Krzyżanowskiego. Wrocław 1952.
16 Wszystki cytaty z Mickiewicza według wydania: A. Mickiewicz: Dzieła. Warszawa 1955.


     U Mickiewicza „sceny historyczne” są jakby przedstawieniem ostatniego stadium pewnej historii – stadium męczeńskiego, są to jakby fotografie czy apoteozy męczenników w chwili wstępowania na szafot, przybijania do krzyża. W ramach tego widowiska nie ma właściwie miejsca na perypetie związane z wolnością bohatera, który poprzez meandry wewnętrzne i zewnętrzne wybiera pewien los lub się z nim ściera. Jest to bowiem reportaż z „drogi krzyżowej”, której przebieg już znamy: tu upadł, tam podeszła Weronika, pomocnik kata podaje gwoździe etc. etc. Nad tekstem trzeciej części Dziadów unoszą się słowa „tak było”, czy używając słynnych słów Sobolewskiego: „SAM WIDZIAŁEM”. Mamy tu do czynienia z odlewem w słowie wielkiego pomnika pamięci, pełnego wyrazistych scen, pomnika męczeństwa. Dziady III są jak głaz słowa, wytoczony na scenę i na mogiłę faktów narodowej pamięci. I rzeczywiście wstępna dedykacja Dziadów III nie jest niczym innym, jak taką inskrypcją na kamieniu nagrobnym:

ŚWIĘTEJ PAMIĘCI
JANOWI SOBOLEWSKIEMU
CYPRIANOWI DASZKIEWICZOWI
FELIKSOWI KÓŁAKOWSKIEMU
SPÓŁUCZNIOM · SPÓŁWIĘŹNIOM · SPÓŁWYGNAŃCOM
ZA MIŁOŚĆ · KU OJCZYŹNIE · PRZEŚLADOWANYM
Z TĘSKNOTY KU OJCZYŹNIE · ZMARŁYM
W ARCHANGIELU · NA MOSKWIE · W PETERSBURGU
NARODOWEJ SPRAWY
MĘCZENNIKOM
poświęca

AUTOR

     Zgodnie z dobrym obyczajem cmentarnym – nie brak i podpisu fundatora pomnika.

     Mamy więc zadumę nad rzeczywistym, utrwalonym obrazem męki narodu czy pokolenia, nad samym przebiegiem męczeństwa. Nie zostaje uruchomiony problem odpowiedzialności bohaterów wobec losu, czyli problem ich wolności. Wybór polskości i wolności dokonał się jakby wcześniej i stanowi tu fatum bohaterów, jak w greckiej tragedii. Nie myślimy o odpowiedzialności wobec losu na cmentarzu, stojąc nad głazem kryjącym kości świętych męczenników. Przeciwstawiamy raczej bohaterów ich oprawcom i katom, już w tej roli katów zastygłym i tak utrwalonym. Rodzaj literacki, jakim są Dziady III – nie powiem tutaj przecież nic specjalnie nowego – nie nawiązuje bowiem do dramatu europejskiego ukazującego ścieranie się l o s u  i  d z i a ł a n i a bohatera, dziejącego się między tym l o s e m  i  w o l n o ś c i ą . Rodzaj literacki Dziadów III to także nawiązanie do tonących w mrokach średniowiecza misteryjnych obrazów, powtarzających sceny z życia Chrystusa i świętych pańskich, do nieprzebranej ikonografii scen Nowego Testamentu, odnoszących się do Męki Pańskiej. Doskonale Mickiewicz o tym wiedział. Świadomość tej paraleli wznosi się od szczegółów, jak opowiadanie Sobolewskiego:

I rzekłem: Panie! Ty, co sądami Piłata
Przelałeś krew niewinną dla zbawienia świata,
Przyjm tę spod sądów cara ofiarę dziecinną,
Nie tak świętą i wielką, lecz równie niewinną.
                                           (sc. I)

     I dochodzi do uogólnień, które wszyscy mamy zapisane w pamięci, w wizji Księdza Piotra:

Tyran wstał – Herod! – Panie, cała Polska młoda
                           Wydana w ręce Heroda.
Co widzę? – długie, białe, dróg krzyżowych biegi
                                         (sc. V)

     Oczywiście, gdyby Mickiewicz ograniczył się tylko do położenia kamienia na kościach świętych męczenników, i nie szukał znaczeń w ich historiach świeckich, utwór jego byłby martwy jak widok nekropoli. Wiemy także, że jak na misterium przystało, kamień ten jest jednocześnie kamieniem zmartwychwstania, który zostanie po trzech dniach historii odwalony, wtedy naród powstanie. Odkupi także Europę i ludy etc. etc.

     Dziady III dopiero na tym tle wkraczają na obszar filozoficznego sporu o wolność, charakteryzującego różne formy dramatu europejskiego od antyku po czasy nowożytne. Chodzi mi o rodzaj literacki i typ zawartej w nim świadomości mitycznej, przetransponowanej na mit narodowy. Ten utwór oczywiście cały ewokuje wolność i walczy o nią, ale wybór wolności bohaterów Dziadów w przestrzeni historycznej odbył się już poza dramatem. Bohaterowie Sofoklesa pragnęli ujść fatum i wiedli w ten sposób jakby spór z bogami, bohaterowie Szekspira pragnęli ujść cechom swoich osobowości. Bohaterowie dramatu Mickiewicza już wcześniej zrobili swoje, i tutaj, w samej przestrzeni dramatu nie dotyczy ich jakby ten spór o wolność trwający ponad dwa i pół tysiąca lat. Jako podmioty historii, która stała się świętą, wykonują rytualne, utrwalone gesty. Skoro raz weszło się na drogę unii świętej z Bogiem przez mękę, reszta dzieje się jakby według historii świętej, bożego planu:

     braterska zgoda i miłość młodych więźniów, kara boża, sięgająca widomie prześladowców, zostawiły głębokie wrażenie na umyśle tych, którzy byli świadkami lub uczestnikami zdarzeń; a opisane zdają się przenosić czytelników w czasy dawne, czasy wiary i cudów. [I stąd wniosek:] ...do litościwych narodów europejskich, które płakały nad Polską jak niedołężne niewiasty Jeruzalem nad Chrystusem, naród nasz przemawiać tylko będzie słowami Zbawiciela: „Córki Jerozolimskie, nie płaczcie nade mną, ale nad samymi sobą”.
                         (wprowadzenie autora do Dziadów III)

     Od tej typologii bohaterów i losu odbiega jednak historia głównego, można powiedzieć bohatera Dziadów III, Konrada. On zdaje się jeden jedyny posiadać w dramacie to, co określano jako „perypetie”, walkę, ścieranie się z losem. Nie są to jednak perypetie w rzeczywistości historycznej, lecz metafizycznej. Pozostaje pytanie także: na ile są to perypetie losu otwartego? O tym za chwilę.

< Poprzedni
copyright© Jacek Trznadel 2003-2010