|
Strona 1 z 4  O POLSKIM „WIĘZIENIU MYŚLI”
(wokół książki Joanny Siedleckiej Obława )
Należę do generacji, która cały okres historii PRL-u, opisywany przez Joannę Siedlecką w książce Obława, przeżyła bezpośrednio i niejako osobiście. Nie jest to rękojmią posiadania obrazu prawdy, ale tak zwani świadkowie epoki patrzą na nią inaczej niż ci, dla których jest to odległa epoka historii, z którą nie mieli kontaktu. Dlatego w tych uwagach wokół książki Siedleckiej nie mogę pominąć opisu świadomości swojej, czy szerszej grupy osób, z którymi się w jakiejś mierze identyfikowałem.
Od pewnej chwili, miałem już uformowane przekonanie, że kultura literacka PRL-u jest poddana nieustannemu naciskowi totalitarnego komunizmu. Ten nacisk był oczywiście złożony i różnorodny. Najbardziej oczywiste i widoczne były represje przeciw słowu, jako nosicielowi prawdy. Zawsze wiedzieliśmy, że podstawowe prawdy społeczne i prawda o historii nie są dopuszczane do druku. Trwała nieuchwytna walka o wyrażanie ich w słowie drukowanym, jeśli nie wprost, to poprzez napomknienia, aluzje, metafory. Była to walka nierówna, gdyż cenzor miał w ręku swoją broń absolutną: skreślenie fragmentów lub zgoła niedopuszczanie do druku całych tekstów czy książek. Wygrane z cenzorem mogły być tylko okazjonalne i częściowe. Wolność słowa istniała jedynie w obiegu słowa mówionego i to w zamkniętych kręgach osób i przy zamkniętych drzwiach.
Tę wolność reprezentowały natomiast wydawnictwa emigracyjne i walka o wolność polegała także – w dosłownym właściwie sensie – na przemycaniu druków z krajów posiadających wolność słowa. Przypominam sobie, jak Jerzy Putrament, należący do głównych cenzorów ideowych, zatytułował jeden ze swoich artykułów, krytykujących nieprawomyślne teksty – „przemytnictwem ideologicznym”. Ale pamiętam też, że gdy w roku 1970 na granicy skonfiskowane mi różne przywożone z Zachodu książki, zwróciłem się o interwencję do Putramenta i zwrócono mi niektóre pozycje. Przytoczenie niektórych tytułów wzbudziłoby dzisiaj śmiech.
Mieliśmy oczywiście świadomość, że w tej akcji tępienia wolnego słowa przez władze komunistyczne – ingerencja w swobodę druku, to mimo wszystko stosunkowo lekki rodzaj szykan, choć jakże ciężki dla pisarzy – odbieranie sensu ich pracy i życia. Można powiedzieć niebacznie: pół biedy, jeśli dotyczyło to pisarza emigracyjnego, jak na przykład Józefa Mackiewicza, pisał przecież i drukował, co chciał. Ale nawet na słowa potępienia nie każdy i nie w każdym czasie „zasługiwał”. Był przecież także rodzaj zapisu w cenzurze, nakazujący w ogóle eliminowanie danego nazwiska z wszelkich publikacji („na nazwisko”). Czasem wyklinanie osiągało rangę najwyższą, gdy padało z trybuny najwyższej władzy. Tak potępił Mackiewicza Józef Cyrankiewicz czy Szpotańskiego Gomułka. W roku 1956 zezwolono Pawłowi Jasienicy napisać omówienie Drogi donikąd Mackiewicza. Ale była to raczej napaść niż omówienie. Nie miałoby to znaczenia w warunkach wolności druku, w sytuacji gdy jej nie było, taka napaść na niegdysiejszego kolegę budzi dziś zażenowanie. Na zwykły pamflet literacki nakładała się druga warstwa, o której sam tekst dzisiaj nic nie mówi. Nie da się zresztą tej krytyki porównać z wystąpieniami potępieńczych chórów, złożonych ze znanych pisarzy, wyklinających wybór Czesława Miłosza – „wybrania wolności”, połączony z zakazem druku jego utworów. Ponieważ moje poglądy z początku lat pięćdziesiątych źle mi się kojarzą, jaśniejszym akcentem, który pamiętam, było odcinanie się od tego potępienia – oczywiście w rozmowach prywatnych. Dlatego bez tego przynajmniej kompleksu mogłem spojrzeć w oczy panu Czesławowi, gdy poznałem go w roku 1967 w Paryżu. To, co pisali wtedy Iwaszkiewicz czy Gałczyński to już było o wiele więcej niż cenzura.
Życie pokazywało, że cenzura może łączyć się z osobistymi represjami. Wiedziałem o szykanach policyjnych wobec Melchiora Wańkowicza, po jego powrocie do kraju, o procesie i groźbie uwięzienia i przypominam sobie zebranie pisarzy z jego obecnością w Dziekance na Krakowskim lub obok, gdzie zgotowano mu gorącą owację. Przekazał tekst „listu 34” na Zachód. Po tym „liście 34”, w wyniku sterowanej przez partię gry opinii, powstał przeciw-list, którego do dziś wstydzą się niektórzy pisarze o znanych nazwiskach. Najśmieszniejsze dziś dla młodych ludzi jest to, że „list 34” nie zawierał żadnej krytyki ustroju, nie było o nim, w tych kilku zdaniach, najmniejszej wzmianki.
|